tak jak ktoś już pisał... nie ma się czym chwalić i w zasadzie nie wiem po co to piszę bo przecież i tak wszyscy się uczą na swoich błędach...
prosta droga, czysta i sucha, z górki leciałem... przed łukiem zobaczyłem piasek na drodze naniesiony przez wywrotki z pobliskiej budowy... zdążyłem wyhamować do około 80 km/h wchodząc w łuk. Wystraszyłem się że jak użyje przedniego hamulca to się poślizgnę i starałem się wykorzystać szerokość drogi zjeżdżając maksymalnie do lewej dohamowując tyłem...
niestety drogi mi zabrakło, doświadczenia i wyobraźni najwyraźniej też... potem był: krawężnik, lot trzmiela, szybka kasku poleciała gdzieś daleko, hania została

koło latarni którą prawie ściąłem... kombinezon dobrze spełnił swoją funkcję ratując mi lewe kolano i bark przed bóg wie czym, kask do wyrzucenia.
wstałem, podniosłem

niunie... momentalnie wylał się olej przez dziurę w pokrywie silnika, przód skasowany:
pogięta ośka, zmiażdżony reflektor, z zegarów zostało niewiele, kierownica eh... urwana stopka, pogięta dźwignia zmiany biegów... nie chce mi się dalej pisać...
jakieś 20 minut po zdarzeniu pojechałem tam autem i lęk przed piaskiem był nie nieuzasadniony (tak mi sie teraz wydaje).
może jeszcze do mnie to nie dotarło ale najbardziej mi szkoda zmarnowanego (a może i nie) sezonu i motocykla ale doświadczenie bezcenne
ktoś pomyśli: książkowy przypadek... pewnie tak